czwartek, 20 października 2011

Dąbrowa

Miałem sen.Żywy obraz wyjęty z ramy własnej pamięci.Namacalną rzeczywistość w której sam jestem jego częścią.W tym śnie widzę Wzgórze Tumskie w Płocku,pionowy obryw skarpy górujący nad wiślanym rozlewiskiem rzeki.Wszędzie gęsta zieleń.Przyjemna otchłań otwartej przestrzeni z odgłosami natury.
Mam poczucie stanu nieważkości,szybuję otumaniony tym pięknem krajobrazu.Potem jakaś siła sprawia,że spadam w dół bez żadnej kontroli.Opadam jak ciężki konar drzewa.Lecz z upadku wychodzę bez szwanku.Poznaję to miejsce,choć wygląda zupełnie inaczej. Jest dziko.Nie kaleczą nieba katedralne wieżyce,a mury zamku książąt mazowieckich to odległe wspomnienie.Jakby chichot odmierzanego czasu zegara na nieistniejącej wierzy zegarowej stanął gdzieś w rozkroku obumarłej cywilizacji.Stoję pośrodku czegoś,co mnie zachwyca.W ciepłym mroku przesuwających się cieni na mojej twarzy.Czuję ich dotyk.To ogromne ramiona olbrzymów obrośniętych listowiem.Dębowi starcy z czarnymi pniami na tle białawego kwiatostanu konwalij.Z każdym oddechem się upijam.Zapach kwiatów,wilgotnego runa leśnego i porannej rosy upaja.W milczeniu tworzą święty gaj pogańskich kapłanów. Dwudziestometrowe grubasy z dziuplami dla szalonych szeptuch;nagie i złamane wpół potwory wzajemnie podparte by nie runąć,rozłożyste z konarami sięgającymi ziemi.Nieśmiało idę w tę dąbrowę.Bez strachu i bojaźni przed czymś,co może skrzywdzić.Wręcz przeciwnie.Moje palce pieszczą krzaczkowate porosty mąkły tarniowej na spękanej korze mędrców.Jest porowata i mokra zmęczona starością.Widzę jak rozrastają się na mojej skórze.Tworzą kobierzec żywej tkanki aż po ramiona.Żyją we mnie.Jednak ja nie czuję bólu.

 Święty dąb...
Często przystaję oszołomiony,nie mogąc oderwać wzroku.Puszcza Tumska zakorzenia się w moją wrażliwość.Głębokie wzruszenie sprawia,że z trudnością łapię oddech.Przede mną matecznik dębów-ulubieńcy perunowych stygmatów.Zleżałe wykroty wyższe ode mnie,kikuty konarzysk z masą barwnych form wrośniaków i hub.Między nimi podskakuje stadko kowalików, rezolutnie zaszczebiocze rudzikowa plamka.Nieopodal gąszcz paproci ukrywa borsuczą norę.
Tęskniłem za taką knieją.Słoneczne smugi przebijające się przez czupryny rozczapierzonych liści - nawet nie drgną.Idę bardzo wolno świadomy faktu swej wewnętrznej wolności.Majestat sędziwych władców cierpliwie znosi moją obecność.Wszak zakłócam ich prawieczny spokój.Ja przybłęda człowiecza...Moc zaklęta w uroczysku jest potężna,każdy krok to pewność wędrówki bez celu.Lecz taka włóczęga ma w sobie to,co uwielbiam; uważność na szczegóły.Balet motyli w koronach drzew,mgiełka zawieszona nad Dunajkiem,który wije się tu,jakby gonił zjawę własnego odbicia.W zleżałych kłodach i murszejących pniach żywe rzeźby wpatrzone w moje zdziwienie.Czyżby czarcie posążki demonów kpiły z ludzkiej naiwności?
Dzikość dąbrowy...
Dopiero teraz uzmysławiam sobie,że chodzę wkoło.Jak pomyleniec w amoku.Jednak chronią własną intymność,nie pozwolą mi,bym przekroczył próg ich odwiecznej borealnej świętości. Duchy żerców stoją na straży.Kimkolwiek są.Dobrze...Może to i lepiej.Dziś otwarły się dla mnie wrota bram innego świata.On naprawdę istnieje! Mój własny,ten wymarzony jeszcze dziewiczy.Poddaję mu się.Siadam w pobliżu połamańca o poskręcanych gałęziach,z lekka nadpalony od uderzenia pioruna.Z jego głębi zieje czarna dziuplasta nicość.W resztkach żylastej korowiny dostrzegam swoje strzępki próżności.Jak dobrze się ich pozbyć.Leżę.Jestem jak mech oczekujący pierwszych kropli deszczu.
Usłyszałem kwilenie.Młody bielik kołuje nad dachem lasu.Drapieżnym lotem zniża się coraz bliżej ku krętej krainie wody.Wisła go przywołuje.Złociodajne łaszyska piasku w jej nurcie.Ławice ryb w czasie tarła.Dopiero co wyklute pisklaki rybitw.Głód.Przeszył mnie jego młody pewny siebie wzrok. Króciutka chwila odwagi,którą mi skradł.Człowieczy bezradny lęk.Pierwotne bezwzględne piękno,którego nie zdołam zabić.Jest u siebie i panuje tutaj.
Trudno pogodzić się z bolesną utratą czasu,gdzie własne życie przecieka przez palce.Tu dostrzegam jak bezsensownie ono umyka.Zatrzymać się,zapomnieć siebie,na jakiś ułamek prędkości światła umrzeć;aby na nowo poznawać piękno prostoty.
Ostępy boru sprawiają,że mogę w spokoju wysłuchać wrzeszczące sójki bez wrednego grymasu na swojej twarzy.Teraz są mi one bliższe niż kiedykolwiek.Złączony emocjami,samotnością i pragnieniem ,by udało im się odchować młode.Las uczy pokory.
Już mi wszystko jedno.Choć nie nazwałbym tego zobojętnieniem.To rodzaj uwolnienia się,pokrewieństwo z bezdomną włóczęgą bez jakiegoś celu.Z wyboru,bo coś podszeptuje.Lgnę ku tej uldze.Zadziwiające jak niewiele potrzeba,aby zdać sobie sprawę z własnej ulotności.Ten las jest moim zwierciadłem.Podpowiada mi ,skąd jestem.Wystarczy tylko podpatrywać,uczyć pamięć pielęgnowaną przez przodków a stłamszoną w sobie.Czuję się bezbronny,ale ta bezbronność w jakiś sposób wyzwala.
Przytulam całe ciało do mocarza rosnącego nad urwiskiem.Przede mną lesisty horyzont mazowieckich gęstwin za Wisłą.W ciszy błagam go,by oplótł mnie bluszczym ciepłem niewidzialności.Aż wyrosną pierwsze żołędzie i wykiełkuję wraz z nimi.
Jestem szczęśliwy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz