sobota, 5 stycznia 2013

Spływ kanu po rzece Omulwi z jeziora Omulew - relacja sierpień 2012 r.

Już za kilka godzin moje myśli złączy pierwotna tęsknota za czymś pięknym, a jednocześnie tak ulotnym. Oczy chłonąć będą krajobraz zrodzony z siebie samego. Utkany z mgieł, zachodów słońca i ciepłych opadów deszczu. Takie myśli kołatały się w mojej głowie, gdy połykały kolejne kilometry asfaltu za szybą pędzącego autobusu.Niezawodny PKS przybliżał mnie do krainy mazurskich wód. Ku nieznanemu, choć nie całkiem odosobnionego. Jakimś cudem czułem zapach rzeki, która poniesie mnie i kumpla w inny głębszy wymiar odczuwania. Pochłonie nas oboje uszczęśliwionych marzeniem prawdziwej namiastki przygody i męskiej przyjaźni. W sercu pozostaje mały ból, bo w domu pozostał ukochany pies łaknący takiej swobody...
Wschód słońca nad jeziorem Omulew.

Dojechałem w końcu do Olsztyna. Dworzec autobusowy raził mocno. Jego hałaśliwe echo, zimne i zobojętniałe spojrzenia podróżnych sprawiają, że moja obcość nabiera monstrualnych kształtów. Zawsze się ich boję.Dotykają mnie w takich miejscach zaś ich szmer wchodzi w pamięć i nie chce odejść. To oddech miasta. Dzwonię do kolegi. Po krótkiej wymianie zdań okazuje się, że muszę do niego samemu dojechać. Człowiek po prostu nie wyrobił z zabraniem kanu. Pewnie dopiero co je wiezie pod dom.Na całe szczęście wytłumaczył, jak mam dotrzeć.

Chłodne porywy sierpniowych ostatków zmuszają do ostrożności. Nie lubię zimna więc zakładam coś cieplejszego.Słońce daje odrobinę ulgi. Docieram w sypialniane blokowiska, taszcząc na plecach cały dobytek.Miasto o dziwo jest zieleńsze od tak mi bliskiego Płocka. Znowu łapię się na tym, że mój nadwiślański gród zwyczajnie ogołocono z ogrodów, z których niegdyś słynął. Cholerny przemysł je zabiło!

Pierwszy uścisk dłoni. Kilka żarcików i śmiech odprężają nas, choć widzę, że kumpel jest z lekka niespokojny. Dochodząc razem pod blok, w którym mieszka zauważam długie masywne kanu na dachu jego auta. Serce mi skacze, a krew w żyłach dosłownie kipi z radości. Jest! Wygląda tak majestatycznie, że chciałoby się je zwodować na wodę i popłynąć. Więc jednak ziści się odwieczne pragnienie z dzieciństwa. Cudowne uczucie. Na miejscu zjadamy obiadzik , a potem sprawdzamy czy czegoś jeszcze nie brakuje w plecakach. Przy okazji dowiaduję się od towarzysza, z jakimi trudnościami w zdobyciu kanu musiał się zmierzyć. Wypożyczając je. Rośnie mój podziw dla niego. Uzmysławiam sobie, że tak naprawdę przyjechałem na "gotowe".

Po niewielkich acz koniecznych sprawunkach w jednym z marketów w końcu ruszamy z miasta. Wjeżdżam w wijącą się drogę przez lesiste tereny.Jedziemy ponad 40 kilometrów, goniąc czas, nasze myśli a także miejsce docelowe - jezioro Omulew. Stamtąd chcemy zacząć poznawać wspólnie szlak wodny, jego uroki i przyrodę. Poza tym ogromną chęć popływania na jeziorze na kanu i przekonaniu się jak się sprawuje. Dla mnie był to pierwszy życiowy taki sprawdzian... Udaje się nam. Choć sam widzę, że moje ruchy pagajem są nieporadne i śmieszne.W pewnych momentach po prostu na siłę z przymusu zatapiam je w toń wody, marnując wiele sił i energii. Ochlapuję partnera. Kumpel uspokaja, podpowiada, jak i co mam robić, ale przyznam, że i tak marnie mi to wychodzi. Kilka razy miałem obawę, czy podołam.Przecież to tylko rekonesans. A co będzie na rzece ?

Mgły nad jeziorem Omulew.
Jesteśmy w miejscowości Wikno. Jezioro jest ogromne z dużymi wyspami.Porasta je dorodny łęg olszowy, gąszcz oczeretów i ściana lasów wokoło.Towarzyszą nam perkozy. Nad nami cienie rybitw. Słońce ozłaca taflę zbiornika w tak niezwykły sposób, że dopiero wówczas się uspokajam. Ogarnia mnie zachwyt, jego swarożycowe piękno przypomina nam o naszych słowiańskich korzeniach. Rozmawiamy dzieląc się kilkoma refleksjami.Zaczynam chwytać, jak machać pagajem nie wypruwając przy tym przysłowiowych żył. Kumpel też mi w tym pomaga. Nie poucza, tylko mówi. Żeby tak wszyscy próbowali się wsłuchiwać w to, co mówią - może świat byłby prostszy, życzliwszy.

Wracamy do brzegu. Trzeba przygotować się do pierwszego noclegu na łonie natury.Coś zjeść. Omówić kilka szczegółów. Odpocząć.Doświadczyć dziewiczej kąpieli w jeziorze. Rozbijamy płachtę, śpiwory i plażowy namiocik osłaniający od wiatru.Wszystko w tak pomysłowy sposób, ażeby być pomiędzy autem a spadem brezentowej płachty z drugiej strony. Noc jest gwiaździsta, chłodna i mokra od nagłej rosy.Szybko zasypiam.

O świtaniu budzi mnie kumpel. Jestem mocno przymulony, tak, że w tym pół śnie nie mogę odnaleźć aparatu fotograficznego. Gramoląc się, wyłażę ze śpiwora jakby odrętwiały.W ostatniej chwili uwieczniam niezwykły spektakl wschodzącego słońca nad Omulewem. Gra cieni, barw fioletowo - pomarańczowych i mgielnych woali od razu stawia mnie na nogi. Widoki rekompensują nagłe przebudzenie. Leciutko też zwołują dreszczyk emocji i podniecenia na myśl o omulwim szlaku. Kolega korzysta z okazji i wskakuje do jeziora. Dla mnie jest za zimne. Nie wiem czemu, ale jego potężna sylwetka kojarzy mi się z postacią bosmana Tadeusza Nowickiego z powieści Alfreda Szklarskiego.Człowiek ma różne obrazy z młodzieńczej pamięci, może to jeden z nich ?

Poranek był rześki i słoneczny.Mamy wszystko skroplałe od rosy. Brezent, płachtę i zwilgotniałe śpiwory. Trzeba je wysuszyć na słońcu, co czynimy na pobliskich trawach.Wystarczyłaby godzinka i ruszylibyśmy ku rzece Omulwi.Niestety muszę zaczekać na kompana, który wyruszy autem do Wielbarka - naszego końcowego celu rzecznego płynięcia. Tam na przystani zostawi auto, żeby potem móc zapakować kanu na dach i pojechać z nim do domu.To był karkołomny plan, lecz innego wyjścia nie było.On zaś ma wrócić rowerem z powrotem do Wikna, gdzie mam na niego oczekiwać.Tak też zrobiliśmy.Cały sprzęt i kanu znalazło się na brzegu.Kiedy wóz kolegi oddalał się ode mnie, przyznam, że targała mną niepewność z wyrzutami sumienia. Ja tutaj będę bezczynnie czekać, podczas gdy koleś będzie zaiwaniać ponad 40 kilometrów rowerem. Coś tu jest nie tak - myślałem sobie.

Jezioro Omulew.
Lubię samotność.Przy niej zawsze odnajduję spokój. Gdy na łąkach suszyły się nasze płachtopodobne dachy ochronne ja miałem dla siebie przestrzeń jeziora, porywy wiatru i odgłosy ptaków.Czasem pomykała myśl o psie, którego miałem ze sobą zabrać. Wtedy czytałem przemyślenia Ralpha Waldo Emersona o '' Naturze'' i było jakoś lżej. Z letargu ocknąłem się na dźwięk nadjeżdzającego samochodu. O dziwo kumpel wrócił jednak wcześniej z gościem, który był na tyle życzliwy, że samemu wrócił autem kolegi do Wielbarka przechowawszy go u siebie za kilka grosiszy. Dzięki czemu mogliśmy znacznie szybciej wypłynąć w upragnioną podróż kanu.

Zbliżało się popołudnie.Niebo jeszcze jasnawe z wolna pokrywały już chmury.Oddalając się od nadjeziornych brzegów,żegnaliśmy rozbawione zgiełkliwe dzieci, które i nas żegnały.Potem zaznajomieni z miarowymi odgłosami zanurzanych pagajów w wodzie wchodziliśmy w rytm innego wymiaru.W lepszy minimalizm egzystencjalizmu.Zbratani z łodzią marzeń z indiańskich stronic książek i rysunków.Gdzie panuje prostota i jasne zasady w życiu. Zaś przyroda jest mądrą nauczycielką i srogą macochą dla nieuków. Chłonęliśmy jezioro, jego zmarszczone lustrzane odbicia i refleksy. Rosnącą ciszę. Nasze wrażliwe pokłady lepszego ''ja''. Kręgi po kroplach deszczu bijące brutalnie o jej powłoczną  delikatność.

Duch Thoreau wciąż żyw!. Prostota i minimalizm w całej krasie nad  Omulwią.
Po jakiejś godzinie zacumowaliśmy na prawym opadającym stromo brzegu rzeki. Las go porastał. Tam mały posiłek i zabezpieczenie bagaży przed zmoknięciem.Deszcz już na dobre siąpił. Postanawiamy płynąć dalej. W strugach ulewy mijamy zaciszne zatoczki, ''wyspy rozbitków'' i samotnego wędkarza na łodzi opatulonego w ponczo u wejścia do rzeki Omulwi. W pewnym stopniu był on jakby symbolicznym strażnikiem tego miejsca. W absolucie metafizycznej doskonałości poznanej zaledwie przez garstkę wybrańców.

Nasze kanu wpływa do rzeki.Przecina jego gęsto zarośnięte brzegi i główny nurt. Przedziera się niczym lodołamacz taranujący wszelkie przeszkody i zwady. My zaś smagani po twarzach mokrymi łodygami pałki i trzciny uginamy plecy. Chronimy oczy. Z rzadka komentując zastałą sytuację. Płyniemy wolno. W pokorze. Lecz uważnie i bez zbędnego pośpiechu; wszak to mój pierwszy spływ na kanu w życiu. Kiedy udaje nam się opuścić tę gęstwinę zarośli, ulewa zaczyna maleć. Po trosze odżywa nadzieja na bardziej spokojną część spływu tego dnia.

Omulwia zaskakuje nas swoją dzikością. Ukryci w leśnej głuszy doznajemy jej puszczańskiego charakteru. Mieszane lasy dosłownie wrastają w rzekę.Wiszące konary drzew, grube gałęzie i kłody zatopione w wodzie, powalone w poprzek rzeki złomy - tworzą nieznane nam zastoiska. Owe zatory musimy pokonywać, czasem mocno machając za siebie.Inaczej grozi nam wywrotka i utrata bagażu.Walczymy.Chociaż rzeka nie należy do trudnych w sensie spływów dla początkujących. Niestety moje błędy i źle dobierane kierunki czynią z niej małego potworka. Jako sternik odpowiadam za nawigację i wykrywanie zdradliwie ukrytych przeszkód. Nie zawsze sumiennie się z tego wywiązuję. Zdarza się, że uderzamy o podwodny pieniek lub kłodzisko. Brak doświadczenia robi swoje. Współtowarzysz często mi o tym przypomina.

Rzeka Omulwia- odcinek początkowy wypływająca z bratniego jeziora.
Środkowy odcinek Omulwi oczarowuje. Szerokie zakola, meandry i podwodna roślinność z czystością wody zupełnie relaksują. Widzimy jej przejrzyste dno, stadka ryb pod kanu. Ciągnące się gaje podwodnych lasów ramienic, traw i kwitnących grążeli. Po lewej i prawej stronie rozciągają się torfowiska niskie i bagna. Nigdy nie widziałem czegoś tak intensywnie uroczego. A więc tak wygladąły polskie rzeki zanim je nie zasyfiono...Ma się ochotę przystanąć i wskoczyć w toń. Lecz płyniemy wolniutko, napawając się przyjemnością mijanych pejzaży. Odpoczywamy. Pozwalamy się nieść omulewskiemu prądowi. Zapomniawszy skąd przybyliśmy.Robię fotki drżącymi dłońmi. Słońce znowu jest z nami. Słowa stają się zbyteczne, choć sporadycznie coś sobie przekazujemy, gdy w duszy zalegnie leniwe ukojenie pięknem.

Rzeka Omulwia.
Tuż przed zmrokiem docieramy do śródleśnej osady Dębowiec.Lekko przemoknięci. Przy nieczynnym jazie wysiadamy na brzeg. Taszczymy naszą łódź do polany obok leśniczówki.Kumpel idzie prosić o pozwolenie na nocleg.W zupełnych ciemnościach rozkładamy nad sobą płachtę i śpiwory. Rozpalamy ognisko.Jesteśmy głodni. Jemy pieczone kiełbaski.Z leśnych mroków słyszymy pohukiwanie sowy. Przynajmniej ona rozumie naszą podróż.

Poranek jest mglisty. Ustalamy, że ja idę do wsi o nazwie Kot, aby zaopatrzyć się w świeże pieczywo.Kamrat zostaje i w ten czas przygotuje ciepłą strawę dla nas obojga. Leśna droga prowadzi mnie jakieś 3 kilometry . Zaczyna mżyć. Dochodzę bez problemu,widok malowniczej wioski jest miłą odmianą po  rzecznych eskapadach. Na miejscu kupuję porządny bochen chleba i kilka bułek. W sklepie już wiedzą, że jacyś kajakarze płyną w deszczu. Mówię,że to my i na kanu nie na kajakach.Wiedzą,że wcześniej tu byliśmy  szukając sklepu, w którym uzupełnimy nasze braki.Czekając na kolegę przy pobliskim moście drogowym, przypominam sobie, że o mało co nie nadziałem się tam bosą stopą na rozbite kawałki butelek po piwie.

Środkowy bieg rzeki Omulwi- jeden z piękniejszych...

Wróciłem szybko i zjedliśmy śniadanie z apetytem.Przed nami drugi dzień spływu. Pochmurno, a więc zapowiada się mokrawo. Wodujemy kanu i już po chwili znowu je dźwigamy - przenoska jest konieczna. Kolejny jaz. Już pada. Brodzimy w wodzie, by potem zanurzyć się w rzeczną otchłań.Zostawiamy za sobą najpiękniejszy odcinek Omulwi. Płycizny, głębiny,kamienne progi i piasek.Malownicze zakola.Jest mi trochę żal.

Wilgotno.Z czasem deszcz ustaje.Kanu sprawuje się dobrze.Radzi sobie z przeszkodami i moimi błędami. Ciągle mylą mi się strony, gdy zbliżamy się do kolejnego zakrętu rzeki. Zaskakuję kumpla nagłymi zwrotami kierunków. Kilka razy prowadzę kanu w zarośla i mielizny. Kumpel mimo, że jest nad wyraz tolerancyjny, czasem soczyście przeklnie. Nic to, muszę jakoś temu sprostać.Wiem, że jestem żółtodziobem.Jednak pomimo tych niedogodności nie tracimy radości z płynięcia. Ciągle coś nas zachwyca, coś zatrzymuje . Tu nie ma wyścigu z czasem niewolnika., to jest spływ ku lepszemu poznawaniu się i zrozumieniu.Sekrety przyrody są jak miłe odurzenie wonnością majowego świtu.

Wolność płynięcia na kanu...
Dolina Omulwi zaczyna się zwężać. Robi się bagnisto. Płyniemy w leśnym tunelu. Wszędzie olsy,sośniny i z rzadka ściana gęstego boru.Tylko my i rzeka, miarowy delikatny chlupot pagajów zanurzanych w wodzie. Ślizgamy się, jakbyśmy sunęli po lodzie w jakąś dal. Naszym oczom ukazuje się stado saren, które chce przekroczyć rzekę. W ostatnim momencie zawracają w las, zapewne je spłoszyliśmy. Jakaż szkoda - fotki byłyby śliczne.Kolejne kładki i mostki na których zmuszeni jesteśmy uprawiać gimnastykę.Przepływamy pod nimi albo przenosimy kilka metrów nasze kanu. I tak aż pod same granice rezerwatu torfowiskowego o nazwie Małga. Oznajmia o tym znak z tablicą rezerwatową. Dłuższy odcinek rzeki staje się tutaj monotonniejszy. Po obu jej stronach towarzyszy nam wał melioracyjny. W zasadzie spływ przebiega bez deszczu.Szukamy miejsca na nocleg. Po około godzinie wybieramy przecinkę leśną za wałem rzecznym. Zachód słońca znowuż zniewala. Krótka kąpiel i rozbijamy obóz. Rozpalamy kuchenkę turystyczną. Potem kolacja - smaczny krupnik. Po małej naradzie postanawiamy spać bez płachty, tylko pod małym namiocikiem plażowym przykrytym moskitierą . Tak profilaktycznie, żeby nas komarzyce nie pożarły. Księżyc w pełnej krasie i gwiazdy zachęcają do snu pod chmurką.

Po drugiej stronie brzegu nadpływa grupa kajakarzy. U schyłku dnia. Kumpel zaprasza ich do nas, lecz oni wolą własne towarzystwo.Rozbijają namioty, rozniecają duże ognisko i bawią się.W głębi duszy ucieszylo mnie, że odmówili. Za duży rwetes. Znad omulewskich ostoi odzywa się samotny klangor żurawia. Gdzieś mnie ze sobą zabiera. Idę na chwilę na spowite mgłą łąki i nasłuchuję. Ponad nimi kołuje nietoperz.

Bory iglaste nad rzeką Omulwią.
Ze snu budzi nas grzmot burzy i jasne błyskawice.Jeszcze leżymy w śpiworach, ale musimy działać.Zaraz zaleje i nas i dobytek. Już w gęstej ulewie rozkładamy luzem płachtę, moknąc przy tym okrutnie. Ryzyko minimalistycznego spania spełzło na panewce. I tak leje przez całą noc. Rankiem przy jedzeniu kolega zastanawia się, co robić. Płynąć w deszczu, czy jednak odczekać ? Zapada decyzja o kontynuowaniu spływu. Choć i tak odczekujemy na lżejsze opady. Patrzymy na przeciwległy obóz - tam śpią w najlepsze. Jakoś się tym nie martwię. Kiedy odbijamy od brzegu czuję, że rośnie mi dumne serce kanuersa. Bliższy żywiołom natury, która nas gna ku wodzie. Gdyby nie mała gąbka mielibyśmy spory kłopot z jego dalszą częścią. I pomyśleć, że w ostatniej chwili kolega o tym niepozornym szczególe pomyślał. Mieć możliwość komfortu i wypompowywania wody z pokładu - rzecz bezcenna.

Do Koloni i potem do osady Wesołowo płyniemy w lekkim deszczyku. Kolejne kładki i mostki za nami. Rzeka staje się coraz brudniejsza. Przeraża nas ludzka głupota. Tuż przy samym brzegu widzimy rozstawione    elektryczne pastuchy pod napięciem i kolczaste druty. Niepojęty egoizm.Nie dość, że łamane jest prawo wodne [ mówi ono, że  takie szkaradztwo powinno stać co najmniej 1,5 metra od wody !], to jeszcze zagrażają one naszemu bezpieczeństwu i zdrowiu. Gdyby tak nastąpiła nagła wywrotka, jak dopłynąć do brzegu i się nie pokaleczyć ? Jak pomóc towarzyszowi, gdy ten stracił przytomność ? Oczywiście nikomu to do głowy nie przyjdzie !!!

Mijamy pola uprawne i pojedyncze domostwa. Krajobraz przekształcony przez człowieka daleki jest od doskonałości. Zaburza wcześniejszą harmonię. Omulwia jeszcze nas chroni lecz i jej brakuje tej siły i mocy. Kieruje się długimi odcinkami, zostawiając wsie Głuch i Kiszki. Zbliża się do Wielbarka. Podcina brzegi, podmywa je i tworzy zakosy. Z rzadka też topi w swej mętniejącej zupce korzenie i kłody drzew. Lecz i je czasem wymijamy. Jakiś człowiek z wędką patrzy na to wszystko ze ślepym zobojętnieniem.

Osada Wesołowo wita wodniaków z duszą...
Przybijamy w deszczyku na mały odpoczynek. Ostatni ciepły posiłek i sprawdzenie rzeczy .Kres naszego spływu już bliski. Dzielimy się spostrzeżeniami i ewentualnymi planami na przyszły sezon. Wiem, że do kompana z chęcią dołączę do każdego spływanka. Choć przede mną wiele nauki i nabierania doświadczeń. Pokory w sobie. To nie ujma przyznać się do tego,że jeszcze mało się potrafi. Ważne, żeby człowiekowi się chciało. A nade wszystko walczył o swoje marzenia.

Czerwone dachy budynków i wież kościelnych witają nasze oczy. To już Wielbark . Tutaj wolno kierujemy się ku lokalnej stanicy wodnej na rzece Sawicy . Mijamy drogowy most w tym mieście i na lewo po około 100 metrach docieramy na miejsce.Tu nasze kanu wypakowujemy na brzeg . Po wyczyszczeniu pokładu, wylaniu wody i obmyciu z błota i szlamu mocujemy je na dachu auta.

Nasze wypożyczone kanu od dobrego człowieka - dziękujemy ci Bolo !!!
Gdy późnym wieczorem dojeżdżam umordowany do Płocka, wita mnie uśmiechnięty pysk mojego pupila. Merdający ogon mówi wszystko. Dzięki przyjaciołom, którzy się nim zaopiekowali,wiem, że bez dobrych ludzi ten świat dawno by popadł w jakiś totalny obłęd. Lecz oni są. Dają nadzieję i wiarę w człowieczeństwo.Myślami byłem nad Omulewem i nad Omulwią . Przy barczystej sylwetce kumpla , który zorganizował mi najpiękniejszy spływ na kanu w życiu. Bo był pierwszy. Jego nietuzinkowych żartach, uzasadnionej krytyce, kiedy trzeba było. I co istotne pokazaniu mi jak można iść przed siebie realizując to,o czym się kiedyś jedynie napomykało w cichości. Silnej woli i samozaparciu. Uszlachetniwszy samych siebie. To piękny podarunek.

Powyższa relacja jest moim subiektywnym spojrzeniem. Dedykuję ją  miłośnikom przyrody i kanuistom.

Relację widzianą z drugiej strony znajdziecie tu Omulew i omulwia cz.1

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz