piątek, 22 lutego 2013

Moja zimowa wędrówka - dwór, kurhan, progi rzeczne i marzenia

'' [...] Bo dla mnie prawdziwymi ludźmi są  szaleńcy, ogarnięci szałem życia, szałem rozmowy, chęcią zbawienia, co nigdy nie ziewają, nie plotą banałów, ale płoną, płoną, płoną  jak bajeczne race eksplodujące niczym pająki na tle gwiazd aż nagle strzela niebieskie jądro i tłum krzyczy  '' Oooo ! ''. ''
                                                             '' W drodze ''  -Jack Kerouac .



Tak właśnie się czułem, kiedy wczoraj zrobiłem sobie niezły wypad rowerowy. W głębokim śniegu od leśnych ostępów gdzie poszukiwałem takiego stanu odczuwania życia. Intensywnego łasego na piękno przyrody,  płynące strumyczki, ścieżki zwierząt i ślady mądrych ludzi.  Po zabytki historii. W takiej aurze lekkawo popadującego śniegu a potem w zawiejach śnieżnych zacinających prosto na twarz. W porywach wiatru. Zupełnie mi to nie przeszkadzało. Żywioły natury się akceptuje albo przeklina...

Z upływem czasu opady śniegu narastały. Gdy opuszczałem domowe zacisze biała pokrywa leżała ale cienka. Nie przeszkadzała w jeździe. Zważywszy, że mój rower to typowy szosowy wehikuł czasu z cieniutkimi oponkami. Miałem świadomość ryzyka, ale pęd ku naturze nie dawał mi usiedzieć w domu. Za bardzo mnie nosiło.

Nieopodal leśnej ostoi zwierzyny- minąłem z szacunku dla niej...

W takich momentach pragnienie przemieszczania się z miejsca na miejsce jest po prostu silniejsze. Narasta euforia, jakaś tęsknota za szlakiem , widokiem zwykłego pola albo pobycia sam na sam ze sobą. Choć w przyrodzie człowiek nigdy nie jest samotny. To nasz cywilizacyjny wymysł.

Po godzince jazdy dotarłem do mojej dolinki. Tam strumień i mini progi rzeczne.  Dziuplaste olchy. Zauważam kosa, który mi towarzyszy. Zagłębiam się w biały spokój. Przysiadam i patrzę. Czasem patrzymy tak bez celu. Jest w tym coś autystycznego, ale czasem i tego potrzebujemy. Wyłączyć myślenie, osądzanie, określanie wszystkiego i wszystkich. W końcu wyjmuję z plecaka dwie kanapki i coś do picia. Idylla ! Dookoła świat, który jest tak blisko nas a tak dalece go nie pojmujemy, zatracając pierwotny instynkt bycia w nim. Surwiwale i tym podobne militaria mnie nie kręcą. I tak czasem nocuję w lesie w namiocie. To wyraz emocjonalnej potrzeby blisko przyrody a nie jakiś sprawdzian.  Kiedyś o tym napiszę. Robię kilka fotek i znowu w drogę. Jest cudnie.

Mini progi rzeczne małego strumyczka.

Patrzą na mnie jak na kosmitę. Mam wręcz wrażenie, że niektórzy zwalniają, by przyjrzeć się w lusterku, jakiego wariata mijają. Czuję się jak w jakimś ogrodzie zoologicznym, tyle, że z dużo większym wybiegiem. A oni to obserwatorzy... Czasem przygnębia mnie taki stan ludzkiej ograniczoności. Jadę wolno i ostrożnie, droga śliska. Docieram do sosnowego boru. Już całkowicie oswobodzony od ludzkich komentarzy w blaszanych czterokołowych złomach. Nareszcie mentalnie wolny. Jazda coraz trudniejsza, rower częściej obok mnie. Miałki i mokry puch daje o sobie znać. Już wiem, że będzie trudnawo.

Zimowa huba...

Widok znanych mi  wierzb i brzóz. Leśna ścieżynka.  Chrzęst pod stopami. Bagna, na których widzę szarawe plamy topniejącego lodu. Wśród łęgowin ślady saren. Mgiełka. Zmierzam do źródełek, które zasilają te bagniska. Jest baśniowo. Muszę posiedzieć i podumać. Zatrzymać wzrok na każdym pniu, korzeniu i hubie. Na płynącej stróżce wody. Piję ją. Znam to źródełko, wiem, że nie zaszkodzi. Czysty smak leśnej korowiny wynagradza! Jejku jak dobrze żyć...

Gdzieś w lesie.

Wchodzę w las. Na drodze jodełki po nartach. W końcu jakiś mądry człowiek.  Tak rzadko spotykam takie ślady w podpłockich lasach . A przecież rekreacyjne bieganie na nartach zimową porą powinno się promować i wykrzykiwać. Skończyłyby się jazdy terenowych mutantów po szlakach turystycznych. Obrzydliwe bruzdy po bieżnikach opon i doły. Błoto przez które nie sposób przejść. Smród spalin, który muszę wdychać gdy mnie mijają z pogardą.

Ślady nart biegowych - zapomniana atrakcja nie szkodząca przyrodzie.

Pola. Przestrzeń. Pierwsza tego dnia przydrożna kapliczka. Fotkuję ją. Próbuję jechać, lecz bardziej przypomina mi to slalom między tyczkami. Znowu leżę. Upadki nie są jednak wkurzające. Skoro tak ma być - zaszaleję z górki. A co mi tam :)  Niedaleko jest leśna droga lekko opadająca w dół. Tam zjadę około 100 metrów. Mimo, że asekuruję się nogami zjazd jest dość karkołomny. Udało się, choć na końcu znów wpadam w śnieżną zaspę. Siedząc i otrzepując puch ze śniegu myślę, że jednak trzeba wracać do dzieciństwa, cieszyć się każdą chwilą. Dziwić się tym, że świat, otoczenie są takie niezwykłe. Inaczej czuję,że odczłowieczeję. Stanę się bezkształtną masą ludzi czyhającą na czyjeś potknięcie. Ja tak nie chcę. To wbrew mojej naturze. Niech się gryzą między sobą ale beze mnie. Leżę i chłonę każdy puls mojego serca. Śnieg jest moją pościelą. Zamykam oczy i marzę. Cóż w tym złego ?

Leśne piękno.
Docieram do Borowic. Bryła dworu tak uspokaja. Mieszkali tam kiedyś dobrzy ludzie. Jego właścicielami była rodzina Turskich. Jak dotąd jedyni znani mi ''dziedzice'' sprzed wojny, którzy szanowali swoich pracowników. Znam ich losy, są smutne a jednocześnie tak pokrzepiają. Mimo bestialstwa II wojny światowej duch ludzi zachował tam godność. Zwykli ludzie pomagali swoim pracodawcom pamiętając o tym, kim była dla nich ta rodzina  Niewiele rodzin ziemiańskich w naszym kraju może się tym poszczycić. Robię zdjęcia i pytam robotnika, który pracuje przy remoncie dworu o panią Elizę. Niestety znowu pech. Będzie jutro. Już mam odjechać kiedy jednak nadjeżdza! Pani Eliza jest teraz właścicielką dworku. Rozmawiamy, śmiejemy się z poprzednich spotkań i z mojego dziwactwa. Rowerem w taki śnieg? Pani Eliza jakoś nie może tego pojąć. Umawiamy się na kolejne spotkanie i opuszczam borowicki raj.

Dwór w Borowicach  .
W Miszewie Murowanym zatrzymuję się na dłużej przy kurhanie grodzisku. Ten dziwny i mało znany obiekt nieopodal Płocka mocno mnie intryguje. Wszędzie wzmiankowany lakonicznie i zdawkowo datowany jest na XIV-XV wiek  jako grodzisko. Lokalnie określany jako '' kopiec'' mieszkańcy już o nim nic nie wiedzą. Znajduje się ok. 300 m. na NW od słynnego kościoła tak mocno rozreklamowanego. Na szczęście mam kilka tropów na temat miszewskiego kurhanu. które niebawem opiszę w periodyku muzealnym pt. NASZE KORZENIE. Tam z pewnością kilka osób dozna szoku. [ sić!]. Wchodzę na jego ośnieżony szczyt i oczyma wyobraźni widzę pewne wydarzenia. Dęby, szemrząca Miszewianka w oddali horyzont pól. Można zapomnieć o współczesnym świecie zagubienia, jaki nas otacza. Dobrze wrócić w łaski historii.

Kurhan- grodzisko w Miszewie Murowanym.
Wracając do domu jestem mocno wyczerpany. Często wlokę rower albo go ciągnę. Cienkie opony grzęzną w śniegach. Ramiona i ręce też pobolewają,.  Opady mokrego śniegu  utrudniają  pokonywanie szlaku. Mijam auto zaparkowane na skraju lasu. Ktoś uprawia miłość... Mimo, że jestem padnięty, czuję niebywały entuzjazm, nawet fakt, że częściej idę niż jadę nie wyprowadza mnie z równowagi. Przeżyłem dzień tak jak chciałem. Z mozołem ale ufny decyzji jaką podjąłem. Może w tym tkwi  moje szaleństwo ?

Dzikość...
Nikt mi nie odbierze emocji i pejzaży jakimi okrasiła mnie natura i wolna wola. Dzięki temu czuję, że żyję.











2 komentarze:

  1. Cudowna wyprawa. Wgłąb Natury i wgłąb siebie. :) Ukłony przesyłam. :)
    Greenway

    OdpowiedzUsuń
  2. Odwzajemniam ukłony :)
    W trakcie takich wypraw człek nie tylko, że wchodzi w relację z samym z sobą ale jeszcze dzięki temu zauracza się tym, co widzi. Polecam.
    Twoje pisanko też niczego sobie :)
    Serdeczności z Mazowsza płockiego !

    OdpowiedzUsuń