niedziela, 9 czerwca 2013

Gdzieś na przywiślu...

Idę boso przez niekoszone łąki. Zapachy olszyn w zielonych sukniach oraz ziół, które widzę pierwszy raz w życiu pozwalają zamknąć mi oczy. Ufam naturze. Wiem, że mogę posuwać się krok po kroku przez gęste trawy ku oczkom wodnym. Wkoło motyle fruwające nade mną i między kwieciem z jasnych barw. Często przystaję, bo inaczej nie potrafię. Ten powab mnie zniewala. Pragnę go smakować, zatrzymywać każdą wonność odczuć jakimi się otaczam.




Moje przywiśle jest jak zaczarowany zdziczały ogród pełen sekretnych zakątków. Wciąż je odkrywam, wdzięczny za cudną samotność tych chwil. Z gęstych okrajkowych chaszczy wyskakuje dorodna sarna. Jest niczym zjawa, która z każdym susem ponad morzem traw zawisa w powietrzu, a wraz z nią cała jej dostojność. Wolę się wycofać z obawy, czy czasem nie ma w tym zielsku jakichś kropkowanych malców.



Po niedawnych burzach wszystko intensywnieje; kolory, drzewa, łąki i śpiew ptaków. Kępy brzezin jaśnieją w tle otwartych przestrzeni pośród których żółcieją czerwono-biało-fioletowe kwiatostany. Czuję się jak dziecko, któremu podarowano krainę utopi. Pojedyncze stare dęby przywołują do siebie, aby oprzeć mokre od potu plecy i odsapnąć w błogości tego szaleństwa. Ich potęga dodaje mi jakiejś nieokreślonej radości. Czyżbym się czymś upił?



Dochodzę ku wilgotnym murawom. Czarna ziemia wciska się między nagie paluchy stóp.Sporadycznie łamią one zdrewniałą gałąź lub odłamane kawałki konarów. Śliskie podłoże staje się coraz częstsze. Mijam ogromne liście łopianu.Komarzyce już kąsają... Przede mną łęgi. Wchodzę w chłodny cień moczaru. Topole i nieprzebyte listowie wierzbin chlastają moją twarz. Lecz chcę dojść ku oczkom wodnym. Tam jest nagroda. Marzycielskie widoki z przyciągającymi swą głębią tunelami, w które chciałoby się popłynąć i zatopić. Spokojna woda z kożuchem rzęs. Drzewa oddające pokłon ze swoich ramion porosłych ostrościami, okrągłościami i zakosami liści. Zaś te zmoczone-żyłkują  młodością w prażącym słońcu.




Jest dusznawo. Para kaczek spłoszona moim egoizmem przypomina abym już sobie poszedł. Szanuję prawa natury. Umazane błotem stopy niosą mnie przez sosnową żałość. W jej koronach wykrzykuje  coś zezłoszczona sójka. Wychodzę z rachitycznego lasku wprost na wąską strugę. Zdejmuję z siebie przepoconą koszulę i zwilżam. Potem obmywam twarz i szyję. Po jej obu brzegach złocą się w uśmiechu kosaćce i niepozorne firletki. Przysiadam. Teraz mogę w spokoju wysłuchać koncertu pokrzewek i zięb. W oddali kuka kukułcza jędza. Pewnie podrzuciła im swój intruzowy podarunek i teraz sobie pokpiwa. Cóż, jej odwieczne prawo, taką ma rolę do spełnienia.

Wracam na łąki.

3 komentarze:

  1. A ja byłem na moim gutkowskim bagienku i sfotografowałem taką samą roślinkę jak ty, u ciebie jest to 3 zdjęcie od tyłu. Wiesz może jak ona się zwie?
    Spryskaliśmy się z Markiem jakimś specyfikiem i komary dały nam spokój, ale za to rój much nad głową przyprawiał mnie o dreszcze.
    Poza tym przyznam się do niecnego występku, nie wiem czy jeszcze będziesz chciał być moim kolegą? Otóż ukradłem kaczce krzyżówce 4 jajka i podłożyłem u sąsiadki kaczce domowej. Jestem ciekaw co wyjdzie z tego eksperymentu.
    Kotek

    OdpowiedzUsuń
  2. Adam, ta fotka roślinki o której piszesz to firletka poszarpana... Naprawdę liczę, że zrobiłeś sobie ze mnie mały żart z kaczką i jej 4 jajkami, które ponoć jej podebrałeś z gniazda? Jeśli to zrobiłeś bardzo mnie zasmuciłeś i przyznam, że tego nie rozumiem.... Po co poprawiać naturę? I tak pełno dookoła naprawiaczy przyrody!Uczyniłeś nie tylko głupotę ale zniszczyłeś lęg gatunkowi, który jest odstrzeliwany na polowaniach przez tzw. myśliwych... Proszę nigdy tego nie rób albo przynajmniej w ogóle mi o tym nie pisz. Bo się załamuję[ ... ]

    OdpowiedzUsuń