piątek, 6 lipca 2018

W drodze

Być niewidzialnym, to ponoć wielka sztuka w obecnym świecie. Media, internety, kamery-z wielkim bratem na czele. Do tego dołączyć należy wszelkiego rodzaje służby. I jesteś utopiony, jeśli cośkolwiek zbroiłeś. Gorzej, kiedy wkręcają Cię w system i stajesz się dożywotnim niewolnikiem. Wiele już o tym napisano.


Mnie już dawno nie ma w ewidencjach, zmazałem się sam, na własne życzenie. Gdyby komuś zależało na tym, aby mnie usidlić, znajdą się życzliwi. Zapewniam Was.  Chociaż nic nikomu złego nie zrobiłem. Jestem wszędzie i nigdzie. Widzą mnie, ale też Ci, co mnie przypadkiem zobaczyli nagle jak z uderzeniem pioruna stają się niewidomymi. Przywykłem. Jakoś nie ciągnie mnie do ludzi, więc strata w międzyludzkich relacjach jest niewielka.

Fajnie pójść gdzie się chce i nie grać roli pajaca. Wielu we współczesnych realiach tak robi. Cóż, nie zamierzam ich oceniać. W sumie każdy powinien żyć, jak pragnie. Pod warunkiem, że nie krzywdzi. Jakiś czas temu byłem w Pubie pod Baryłką na warszawskim Mariensztacie i autentycznie poczułem frajdę z bycia powsinogą. Jako anonimowy, szary człowieczek bez przeszłości. A po wypitym piwie poczłapać nad Wisłę i zasnąć na piaszczystym brzegu rzeki. Samotnie. Chociaż towarzyszyły mi jaskółki i piski jerzyków do samego wieczora. Moim arrasem była karimata, a komnatą szum drzew.

Kiedy wałęsasz się bez celu, stajesz się jednym z tysięcy oczu, które Cię mijają. Te spojrzenia, to chwilka, mrugnięcie powiek. Tak samo jest z wyobcowaniem, tylko, że ono pozostaje jak plaster radioaktywnej smoły na Twoim ciele. Wówczas uciekasz na szlak, na drogę przed siebie, bo nie dajesz radę.

Można takie coś nazwać tchórzostwem. Zgadzam się. Ale przecież nie wszyscy są jak Rambo i garniturowcy pod krawatami. Tacy zawsze sobie poradzą. Odbiorą swoje siłą, albo wyliżą czyjeś dupska. Byleby pływać na powierzchni. Niektórzy tak nie potrafią.  Ja nie umiem. Pewnie jestem czubek. Mam syndrom synulka mamusi, albo coś w tym stylu.  Gdyby się nad tym zastanowić, to bez znaczenia. Jak z bezdomnym w kanale. Taki los, karma, lub kara za kogoś.

Tęsknię za Wiedniem, który podziwiałem ze wzgórza Kahlenberg ze wstęgą Dunaju na dole. Do dziś czuję zapach karłowatych dębów, które mnie chroniły. Byłem dobrze zamaskowany. Spałem pod nimi. Polecam piesze wędrówki w tamte okolice. Tęsknię także za Wisłą w pewnym miejscu, gdzie rośnie gaj taki, jak za pogańskich czasów. Jeszcze żaden błazen z piłą go nie wyciął. Wszystko rzecz jasna dla zysku... Ale kto wie, może jak kiedyś tam zawędruję, mogę go już nie ujrzeć. W Polsce wszystko możliwe za każdej ''władzy'' i cebulaka w sandałkach. 

Dziś w zasadzie nic nie mam. Skończę w jakim dole, albo przepadnę. Lecz zanim do tego dojdzie, łapczywie chłonę kolejne fragmenty świata, z plecakiem na piechotę. W życiu nie wolno niczego żałować. Nawet błędów. Podróżuję minimalistycznie, również na stopa, sypiając, gdzie się da, ale koniecznie w naturze. Las, rzeka, ugór, łąka. Zbaczać od ludzi.  Chociaż za nimi tęsknię. Za babcią Jadzią, pływaniem na kanu z kumplem na Rospudzie, czy rowerowymi wypadami w noc za miasto. Polecam! Magicznie jest szczególnie po pierwszej w nocy, aż do rańca.

Przepraszam za ewentualne błędy w tekście. Piszę w drodze. Zaszalałem z busem, ma wi-fi.  Dzięki za laptopa. Ten ktoś domyśli się jak przeczyta mój post. 














2 komentarze: