poniedziałek, 6 lutego 2017

Kry i śryże na środkowej Wiśle

Na środkowym przywiślu, po obu brzegach rzeki brudne szarości. Śniegi stopniały pozostawiwszy po sobie  płaty zlodowaciałych muld. W łęgach to stwardniała polewa, na której można złamać nogę. Im dalej od starorzeczy i oczek wodnych, tam już suche badyle traw, i zdrewniałe tyczki nawłoci. Na Wiśle utrzymała się zastoiskowa biel. Kra, śryż,  pęknięcia różnokształtnych obrywów lodu z masą ścierającej się jak ostrza żyletek.  Rzeka mimo to płynie, pod tą właśnie żywą zmarzliną. Sapie, jęczy i pomrukuje.

Na Wiśle.
Gdyby umieć się wznieść ku górze i polatać jak bielik, nasz wzrok ujrzałby rzeczną dolinę opatuloną w wykrochmaloną pościel. Ona ma niezwykłe wzory, niezliczone zagięcia i fałdy. Czarne żyłki ciurkają wśród popękań i lepkiej brei, by nie wiadomo kiedy zniknąć. Stada nielicznych kaczek i łabędzi koczują na niezamarzniętych kałużach. Tam, gdzie jest jakikolwiek ruch wody. W głębszych partiach rzecznego nurtu, lub w jakimś zapadłym leju w bliskości brzega. W gromadzie bezpieczniej i cieplej- żaden lis nie podejdzie.

Poziom rzeki opadł ponad metr. To zasługa mrozu, co skuł ją w dłuższy bezruch, nagłe odwilże zeszczelinował  i przykrył świeżym opadem śniegów.  Zapora we Włocławku też co nieco dodała, jej cofka robi spustoszenie na środkowej Wiśle, rzeka staje się tu drętwym jeziorowym akwenem... Jakże brakuje Wiśle tej wartkiej siły sprzed wieków! Pulsujących meandrów, gdzie rozcinała najgrubsze tafle lodu i żyłkowała ku starorzeczom obficie je zalewając.Dzięki nim nizinne mokradła i łęgowiny ożywały się na przedwiośniu.

Wypływ starorzecza ku rzece.
Zdradliwe pęknięcia na starorzeczu.
Fragment lasu łęgowego nad Wisłą.
Wyspy i łachy na rzece przypominają czarne rozczochrane kołtuny. Tkwią w nieruchomej ciszy. Znikają w wilgotnej mgle, jak za zasłonkami z przezroczy. Wtedy drgają w oszukańczym pozerstwie zmieniającej się aury. W zależności od wahań temperatury i siły wiatru. Na pobliskich polach nieduże stadko dzikich gęsi. A więc już przybywają! Drą się straszliwie, gdy spłoszone wzbijają się do lotu. Zataczają półkole, przelatują z powrotem nad polami, ale jeszcze nie lądują, lecą wzdłuż korony topolowych zadrzewień. Kołują nad kilkoma piaszczystymi wiklinowiskami.

W wiklinach zbierają się coraz większe grupki sikorek bogatek. Żerują u samych pni zakrzaczeń, na szkle  lodu, w zakamarach korzeni i w runie zrolowanego listowia. Noce przeczekują w podziurawionych kłodach wierzb, co od lat rozkładają się w proch. Porasta je mech, a wiele szczelinek w kłodach pozwala uciec w razie zagrożenia. W wyższych partiach koron, trwa rozgardiasz dzwońców. Uwijają się na jednej z olch i okolicznych młodych wiązach. Baraszkują z przerwami, by czmychnąć na ugory porośnięte polnym chwastem. Wydziobują tam nasionka. wiosną  głód zaspokajają pająkami i owadami. Na jednego samca w okresie lęgowym przypadają nawet dwie ślicznotki, są więc poligamiczne. Zawsze się zastanawiam, skąd czerpią tyle energii na te swoje amory. Tylko podziwiać :)

Dzikie gęsi.
Topola biała-białodrzew.
Ślady nadrzecznych mieszkańców.
Na przyprószeniach śniegu widać ślady po norkach amerykańskich, dalej, na fragmentach otwartych polanek przy wiślanych odnogach saren i dzików. Mało ich, jakby się gdzieś pochowały. Nie dziwota, człowiek musi być dla nich odrażający; to jedyna bestia, przed którą prawie wszyscy uciekają w popłochu. Kiedy o tym pomyślę, czuję dojmujący wstyd i zażenowanie. Widzę jak dwa ''bezpańskie psy'' wędrują poboczem rzeki po zamarzniętej tafli. Czarny przemoczony kundel-pewnie wpadł w jakąś dziurę, oraz miniatura jorka. Ten mniejszy jest pewny siebie, prowadzi kompana. Pędzą przed siebie. Tylko na moment przystają, by się przyjrzeć ciekawskiej istocie z lornetką. Znikają w bieli dosłownie po chwili. Kolejne ofiary ludzkiej pychy...

Cały dzień bez kormoranów. Słychać skrzeczenie sójek, ale sporadyczne i nieśmiałe. Siwe wrony jak zawsze w gotowości do zbójeckiego ataku, teraz wyczekują na gałęziach topól. To ciężki okres dla ptactwa, mimo, że mrozy już zelżały. Bobrze kikuty młodych drzewek z ostrymi zakończeniami to oznaka, że mają tutaj swój rewir. Należy uważać, gdyby się piechur potknął, mógłby się nadziać na te słowiańskie groty. I naprawdę nie żartuję. Przed kilkoma laty mój kumpel w taki właśnie sposób rozerwał nogę poniżej kolana. Groźna rzecz. 

Wiślane przybrzeże.
Łęg wierzbowy.
Opadły poziom wód, piękne ślady anonimowego artysty :)
Smutne szarości przywiślanych pól  ubogacają rzadkie rzędy wierzb głowiastych. Ci samotni, o pniach już poważniejszych wyglądają szczególnie piękne. Jeszcze rosną, jeszcze mutanty z piłami spalinowymi nie rżną wszystkiego, ale mam poważne obawy o przyszłość tej kulturowej spuścizny po naszych mennonitach i osadnikach z Niemiec i Holandii.  Epidemia Szyszkozarazy trwa...  W mniej widocznych miejscach okoliczna ludność wycina pojedyncze białodrzewy od lat. To postępuje, małymi kroczkami, z roku na rok. Dla postronnego człowieka, to niezauważalna strata, ale nadwiślańskie tereny zalewowe już w niektórych okolicach wyglądają jak pustynia. W upały nie ma się gdzie skryć, jest postępujące stepowienie, latem wiry z masą pyłu i kurzu.  Pustka krajobrazowa, niczym na Saharze. 

W tym sezonie pokrywa śnieżna na polach nie rozpieściła. Poza miejscami, gdzie zaspy zwiewane przez wiatr, i płatami zleżałej zmarzliny raczej widać darń, trawy i łąki ekspansywnej nawłoci.  Znowu za jakiś czas będę słyszał jęczenia, że susza, że rolnictwu grozi upadek że to wina ekoterrorystów :(

Widok kilku bażantów pod lasem  przywraca mi nadzieję. Ci mali bohaterzy wciąż trwają wierni wiślanym zakątkom.

Nadwiślańskie wierzby...

Wisła w pełnej krasie...
Powracam nad Wisłę, chcę nakarmić duszę rzeczną wstęgą, wilgotnymi podmuchami wiatru. Krajobrazem moich wysp. W pozorach bezruchu, on nadal jest, kipi pod białym przykryciem krainy lodu. Rzeka płynie, chociaż leniwie i okradziona w witalnej mocy dawnych czasów. Wikliny już pęcznieją, czupryny im się zabarwiają na pomarańczowo, tylko wypatrywać pierwszych meszków siwizny na gałązkach. Jak co roku zjadam kilka, tak dla zdrowia i z przesądów. Nigdy mi nie zaszkodziły. W leszczynach puściły już soki.. Za jakieś dwa tygodnie, coś już pozłoci na odległość wzroku.

Starorzecza i źródełka wypływające spod czarnych topól jeszcze muszą poczekać.















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz